strona główna...
panel administracyjny...
zamknij stronę...

Historia Staniszowa

Arystokratyczna historia
Staniszów (niem: Stonsdorf, Stansdorf) od początku istnienia miejscowości był osadą związaną z rezydencją jej właścicieli.
W Staniszowie są więc aż dwa pałace - w górnej części miejscowości Pałac Staniszów, w dolnej - mniej znany, intensywnie remontowany pałac z pięknym założeniem wodno - parkowym.
Najstarsze źródła pisane o Staniszowie pochodzą z 1395 roku. Jednak w starszych dokumentach znajdują się powołania na teksty znacznie starsze. 
W miejscowości znajdowały się majątki stanowiące dominium rodu Książąt Reuss. Siedziba rodu znajdowała się w Staniszowie Górnym. Protoplastą rodu Reuss z Saksonii był Heinrich der Fromme von Weida. Słynny pałac - siedziba młodszej linii rodu - powstał w 1787r. z inicjatywy hrabiego Henryka XXXVIII von Reuss. Wokół pałacu powstało duże założenie parkowo - krajobrazowe z licznymi otwarciami widokowymi, odsłoniętymi skałkami, pustelniami. Chociaż było własnością prywatną pozstało otwarte dla gości i mieszkańców - tak jest i dzisiaj.

Książę Heinrich XXXIII von Reuss (czwarty z prawej w dolnym rzędzie) z małżonką i gośćmi przed pałacem w Staniszowie Górnym. Fotografia z lat 30 XX w.

Najpiękniejsza wieś
Zadbany i popularny wśród turystów Staniszów był uważany do II wojny światowej za najpiękniejszą wieś Kotliny Jeleniogórskiej. Na potwierdzenie opinii o urodzie okolicy  Izabeli Czartoryskiej, która w pierwszej połowie XIX wieku podróżując do Cieplic odwiedziła również Staniszów "...a później wybraliśmy się do Staniszowa. Wieś ta stanowi własność hrabiego Reuss, ten sam gust, który podziwialiśmy w Grodnej, znaleźliśmy tutaj. Przyroda tu piękna, położenie zachwycające. Nic nie zostało zepsute i wszystko, co jest dziełem ręki ludzkiej, zdaje się być dziełem Natury. W ustronnym lesie stoi na skale mała pustelnia; przed nią skała zawieszona niemal w powietrzu, oparta na krawędzi kamienia który się tam stoczył. Wygląda to nadnaturalnie, gdy się nie wie, jak to zostało zrobione; a to co nam powiedział ogrodnik: skała, która nas wprowadziła w zdumienie, jest ogromna i z dawien dawna oparta na dwóch masywach skalnych. Hrabia Reuss rozkazał usunąć całą ziemię, obecnie skała zawieszona jest w powietrzu, dołem można przejść, usiąść. Pustelnia wykuta w skale budzi zainteresowanie i każdy z przyjemnością przystaje na chwilę w tym ustroniu .(...)"

Kolorowana pocztówka z sylwetą Staniszowa i dawną gospodą pod Witoszą.

Pustelnik
Najbardziej tajemniczym mieszkańcem Staniszowa (wcześniej mieszkał w Łomnicy i Głębocku) był Hans Rischmann - przez jednych uważany za nawiedzonego, przez innych za proroka a jeszcze innych za oszusta. Tak czy inaczej jego proroctwa krążyły wśród miejscowej ludności przez lata - i właściwie krążą nadal - czego efektem jest ten tekst. Uważany za drugiego Nostradamusa Rischmann przepowiadał przyszłość od 13 roku życia, i zdażało się, że podczas seansów lewitował. Rischmann zamieszkał w pustelni na górze Witosza. 
Faktycznie udało mu się przepowiedzieć takie zdażenia jak "wojny i nieszczęścia, których zapowiedzią będzie zatrzymanie się wód rzeki Kamiennej (i w istocie miało to miejsce), klęski natury, jako karę boską za nie dość religijne życie (także ocieplenie klimatu!) oraz – rzekomo w jednej z wizji – „oderwanie części Prus przez Polskę” (i tak stało się w 1918 r.).

Pocztówka z widokiem na szczyt Witoszy z okresu gdy stała na nim kolumna Bismarcka.

Jak pisał niejaki Pan Zeller:
"W 1632 r. wiele zamieszania narobił tu Hans Rischmann, w szczególności, gdy 19 lipca wspomnianego roku wygłosił dalekosiężne proroctwo, które krążyło w wielu odpisach.
Przyp. autora: Według wiarygodnych doniesień na temat tego, co wydarzyło się 9 sierpnia 1630 r. około godziny 7. wieczorem w Staniszowie na wzgórzu zwanym Prudelberg (Witosza) z udziałem George Rischera (najczęściej zwanym Hansem Rischmannem), mieszkającym w Głębocku, nie umiejącym ani pisać, ani czytać, wieku około 40 lat, które to informacje przekazał nam dobry przyjaciel, wiemy, co następuje: duch jakowyś miał prowadzić owego Rischmanna przez góry i doliny, przez wody, na najwyższe szczyty i wieżyce, do zamkniętych kościołów i zakrystii, nie czyniąc mu krzywdy cielesnej; napotkać go miało wielu Jeleniogórzan, a swoje proroctwa głosił on już w wieku 13 lat. Przez pewien czas żołnierze stacjonujący w Jeleniej Górze trzymać go mieli w areszcie i zamierzali go zabić, na co się jednak nie odważyli. Na owym wzgórzu zwanym Prudelberg (Witosza) zebrało się podówczas około 36 osób, a niemowa ten, George Rischer (Hans Rischmann), początkowo leżąc na wznak na skale, przykrytej dwoma grubymi głazami, jednak z prześwitem z przodu i z tyłu, nagle zrobił się blady, a ciało jego pulsować poczęło, jakby w środku biegały krety lub wiły się węże, które wreszcie uniosły go ku górze. Gdy po chwili czas jakiś spokojnie leżał na skale, duch ów ustami jego dźwięki wydawać począł, niczym werble polowego werblisty, a następnie jak hejnał wzywający do boju, a następnie duch począł przemawiać przez owego niemowę silnym męskim głosem: „Zaprawdę, zaprawdę, ja, Duch, powiadam wam, przemawiając przez tego człowieka od roku 1617, że oto nastąpił rok, który uprzednio przepowiadałem, dlatego ten biedny niemowa, przez którego przemawiam, ostrzegał was wcześnie, lecz ze względu na wasze niedowiarstwo zamilknąć musiał do chwili, gdy wszystko się spełni. Gdy zaś wszystko się dokona, mówić będzie znów, niczym normalny człowiek. A jeśli nawet uważacie go za czarownika, wyznawcę czarnej magii i kłamcę – dowiedzcie się w swej hańbie i zepsuciu, w jaki sposób Bóg ukarze was za niewierność, a także o wielu innych rzeczach”.  Natenczas duch w nim począł grać na organach, tak jak dzieje się to w kościele podczas zwykłego nabożeństwa przed odśpiewaniem wyznania wiary, następnie odezwał się w obcej i nieznanej mowie, w tonacji, jakiej używa się przed ołtarzem przy śpiewaniu Ewangelii i Epistoł, uniósł prawą rękę ponad głowę, jakby powiewał chorągwią, przemawiał jeszcze i śpiewał w nieznanym języku, powtarzając często następujące słowa: „Rabias, Madias, Sablias”, aż wreszcie uczynił ręką gest odcinania głowy; wydał z siebie straszliwy wrzask, niczym Turcy i Tatarzy, gdy szykują się do bitwy, a wszystko to czynił ów duch głosem silnym, lodowatym, choć przecież człowiek ów miał mieć głos słaby, prawie kobiecy. Wówczas człek ten stanął na nogach, jak mówi autor tej opowieści, który wszystko ze zdumieniem obserwował, i napomniał zebranych, by nie traktowali tego jako żart, lecz jako gniew i łaskę boską, by modlili się żarliwie i czynili pokutę, albowiem nie jest to w żadnej mierze blaga. Żałował ów autor jedynie, że nie zna tej obcej mowy. Dodał jeszcze, że człek ów stał się sławny w Jeleniej Górze i Ciepłym Zdroju i w okolicach oddalonych o wiele mil, a we wszystkich miejscowościach powtarzano o nim przeróżne historie. Wspomniany autor zwie się Dan. Pr., który wraz z panem El. Fule przybył 6 sierpnia z Brzegu w odwiedziny do przyjaciół w Mirsku na Kwisą i 9 sierpnia zawitał w Miedziance, następnie w Łomnicy, gdzie miejscowy proboszcz, pan Balthasar N. opowiedział mu o tym niezwykłym człowieku, na skutek czego udał się on na Witoszę, by rzecz całą zbadać i dokładnie obejrzeć. Stąd wydaje się, że nie należy wątpić w prawdziwość tej opowieści".
(źródło:http://www.blox.pl/komentuj/thory/2008/02/Hans-Rischmann.html)

Widok od strony Witoszy na dawną gospodę w której pijano staniszowski likier Stondorfer (budynek istnieje do dziś)

Staniszowski likier "Echt Stonsdorfer Bitter"
Staniszów zasłynął w świece z powodu produkowanego tu niegdyś likieru ziołowego. Historia napitku rozpoczęła się w 1810 r. kiedy to miejscowy gorzelnik C. G. Korner opracował recepturę trunku. Wynajął on budynek na cele gorzelni (budynek zamkniętej dziś gospody między Witoszą a kościołem) i zaczął produkwać ziołowy specyfik.
Likier był produkowany na bazie ziół zbieranych w Karkonoszach, które już wcześniej zasłynęły w całej niemal Europie dzięki działalności laborantów wyrabiających z nich lekarstwa. Staniszowski trunek miał 32% Vol. i sprzedawał się świetnie. Nic więc dziwnego, że produkcję Echt Stonsdorfera dość szybko musiano przenieść z niewielkiego Gesellschaftshaus w Staniszowie do Jeleniej Góry. Wybrano lokalizację przy dzisiejszej ul. Wolności 150 (przez wiele lat zaplecze techniczne JPBM).

Jeleniogórskie zakłady w których produkowano staniszowski likier - stan obecny.
 
Co ciekawe likier jest nadal produkowany, tyle, że w Niemczech. Na etykiecie butelki Echt Stonsdorfera jest przedstawiona jego dawna jeleniogórska wytwórnia. Znalazło się na niej jednak przekłamanie - wytwórnia trunku jest przedstawiona na tle Karkonoszy ze Śnieżką, która w rzeczywistości znajduje się po przeciwnej stronie... cóż, prawa marketingu.

Butelka likieru produkowanego dzisiaj w Niemczech.

Jak twierdzą niektórzy Echt Stonsdorfer smakuje trochę jak czeska Beherovka, jednak bez namysłu dodają, że jest od niej znacznie lepszy... i bardzo słodki. Żal tylko, że likieru nie można obecnie kupić w Polsce (chociaż chodzą plotki, że ta sytuacja może się zmienić).

Pocztówka reklamująca likier Echt Stonsdorfer Bitter - w tle za zadowolonym degustatorem - Śnieżka.

Wojenne łupy
Smaczku historii tej niewielkiej wsi dodaje fakt, że najstarsi mieszkańcy pamiętają, jak w ostatnich dniach II wojny światowej, przed wycofaniem się stąd armii niemieckiej, w pobliżu Staniszowa chowano jakieś tajemnicze skrzynie. Kto wie... może były to skradzione z Polski, a wywożone przez Jelenią Górę do Bawarii dzieła sztuki.

         



Opublikował: Michał Ciesielski